„Wyjątkowy dzień” – książka o miłości prawdziwej

cogitka11

Jeśli przy trójce małych dzieci warto walczyć o czas na czytanie, to tylko takich książek. W Wyjątkowym dniu Anne-Dauphine Julliand jest tyle życiowej mądrości, że choć przeczytałam go prawie dwa lata temu, do dziś karmię się jego słowami.

Anne-Dauphine, francuska dziennikarka, opisuje wyjątkowy dzień:

Jakże bym chciała zaszyć się pod kołdrą aż do jutra. Przespać dzisiejszy dzień. (…) Dziś jest 29 lutego. Urodziny Thais. Dziś moja córeczka skończyłaby osiem lat. (…) Thais jest już w Niebie dłużej, niż była z nami tu, na ziemi. Przeżyła trzy lata i dziewięć miesięcy. Jej krótkie istnienie odmieniło moje życie…

Książka poruszyła mnie do głębi. Czytałam ją, gdy dziewczyny nie widziały, bo po co im widok płaczącej matki? Czytałam w toalecie, mieszając zupę a nawet z odkurzaczem w ręce. A potem myślałam, że nie wypada. Nie wypada czytać o śmierci czyjegoś dziecka podczas przyprawiania pomidorowej. Że nie wypada mieć takiej książki na pralce. Że należy jej się lepsze miejsce, lepszy czas, więcej mojej uwagi. Ale nie mogłam przestać – tak mnie wciągnęło.

Dlaczego? Czy tylko dlatego, że uwiódł mnie świetny, reporterski styl (jak na dziennikarkę przystało)? A może dlatego, że była to lektura, po którą sięgnęłam po dłuższej przerwie i miałam głód (jakiejkolwiek) książki? A może po prostu odnalazłam w niej… siebie?

Choroby dzieci zbliżają ludzi. Ale nasze dzieci są zdrowe. Kiedy z bliska poznaliśmy historię dziewczynki chorej na neuroblastomę (to córka naszych znajomych), katar, kaszel, alergia a nawet zapalenie oskrzeli przestały być dla nas „chorobami”. Ot, chwilowa niedyspozycja. Skąd więc poczucie, że Ann-Dauphine jest moją dobrą koleżanką albo że to ja pod zmienionym imieniem? W czym jesteśmy podobne?

Anne, tak jak ja, miłuje słowo. Przyznaje należną mu rangę. Wie, że ono kształtuje rzeczywistość. Poza tym obie zapamiętujemy drobiazgi, pozornie niewiele znaczące wydarzenia, pojedyncze sceny. Bliska jest mi jej postawa szukania pomysłu na szczęśliwe małżeństwo. I każda z nas drży o swoje dzieci, które kocha bezgranicznie. To Anne była pierwszą osobą, która nazwała jeden z moich największych lęków – o życie moich dzieci. O to, by nie zakończyło się ono zbyt wcześnie.

Tego doświadczenia – doświadczenia matki, która przeżyła żałobę po stracie swojego dziecka – nie chciałabym z nią dzielić. Anne pisze o sobie, że nie musi drapać rany, żeby zabolało, bo ona ciągle jest „na wierzchu”. Ale równocześnie, co dla niektóych nieoczekiwane, daje sobie prawo do bycia szczęśliwą i… spełnioną żoną i mamą. Po śmierci Thais urodziła trzecie dziecko, córeczkę Azylis. Czasem z dystansem i humorem, a czasem całkiem serio – bo niektórzy uważają to za nieprzyzwoite – udowadnia światu, że przecież ma prawo się uśmiechnąć i cieszyć. Że nie musi w każdej sekundzie opłakiwać Thais. Że ma jeszcze coś do zrobienia, do powiedzenia.

Książka jest fantastyczną lekcją o małżeństwie, które – aby można o nim powiedzieć, że jest udane – nie musi być cukierkowatą idyllą i spijaniem sobie z dzióbków. Mój ulubiony miłosny cytat to słowa św. Augustyna: „Miłość to wybór drogi miłości i wierność wyborowi”. Cóż, niezbyt romantyczne. Ale jakie prawdziwe! Anne-Dauphine to potwierdza:

Dziś mam tę pewność: kochać się przez całe życie to kwestia decyzji, którą podejmuje się wciąż na nowo. Nieważne, czy była to miłość od pierwszego wejrzenia. Decyzji, która pociąga za sobą czyny. Dlatego że miłość karmi się czynami. Loica i mnie wielokrotnie proszono, abyśmy dali temu świadectwo. Podczas jednej z konferencji ktoś spytał nas, w jaki sposób udało się nam przetrwać, mimo ciężkiej próby. Loic odpowiedział bez wahania: „Nasz statek płynie… na razie!”. Słysząc tę odpowiedź, dosłownie oniemiałam! Zabrzmiało jak wyznanie o początku końca! Jednak Loic wynagrodził mnie rozbawionym spojrzeniem i uspokajającym uśmiechem i powiedział: „Dziś rano, wstając z łóżka, postanowiłem kochać swoją żonę. Kochać ją dziś. Tylko dziś. Aż do wieczora. A kiedy wybije północ, ponowię swoje postanowienie na kolejny dzień. I będę je ponawiał przez wszystkie dni swego życia”.

Wyjątkowy dzień ma okładkę z zakładkami. Mimo to książka sama otwiera się nie tam, gdzie jej każę, ale tam, gdzie jest najbardziej rozmazana i pofałdowana od moich wyschniętych łez:

W regularnym biciu jej serca słyszę: „Kochaj mnie, mamo. O nic więcej cię nie proszę. Nie potrzebuję niczego więcej”. Niczego więcej, nie oczekuje ode mnie niczego więcej. Jak mogłam nie pojąć tego wcześniej? Zabiegi medyczne leczą rany, ale tylko miłość pozwala zapomnieć o bólu. Tylko dodanie drugiemu otuchy przynosi ulgę w cierpieniu. Dziękuję ci, moja mała Thais, dziękuję, że odmieniłaś moje serce. Pomogłaś mi zrozumieć, że odpowiedzią na cierpinie nie jest śmierć. I nigdy nie będzie. Odpowiedzią na cierpienie jest miłość.

3 Comment

  1. Książka brzmi świetnie, ale chyba sobie daruję – zamieniłabym się w fontannę na kilka tygodni pewnie…

    1. cogitka says: Odpowiedz

      Jest to dość prawdopodobne. Ale może czasem warto, aby poczytać o prawdziwym szczęściu… 🙂 Paradoksalnie.

Dodaj komentarz